poniedziałek, 27 lutego 2012

SFINKS POD KRAWATEM

News z gatunku tych miłych-przemiłych: możecie głosować na aż cztery opowiadania Pawła Palińskiego ("Marzenie", "Czym jest jasnookie dziecko?", "Blask" oraz "Żyć i umrzeć w szmaragdowym grodzie") w kategorii "POLSKIE OPOWIADANIA ROKU" nagrody SFINKS. Tych, którzy czytali i im się podobało, zachęcamy do oddania głosów (maksymalnie trzy) na teksty Pawła, co możecie zrobić TUTAJ.

Fanom pozostaje cieszyć się, że zostały zauważone i docenione; jakby nie patrzeć, to wszystkie ostatnie publikacje Palińskiego. 

poniedziałek, 20 lutego 2012

RECENZJA ANTOLOGII "CITY 2"

Kształt książki (kwadrat) i detale jej okładki sugerują, że mamy do czynienia z czymś, co bardziej przypomina album opowiadań grozy niźli ich zbiór. Ilustracja Jarosława Eysymonta to pierwsza zaklęta w papierze tajemnica z jaką zderza się czytelnik, zanim w ogóle zacznie przewracać strony. Eysymont powiedział, że "abstrakcja to czysta przyjemność, wyzwolenie z problemów"*, dla mnie zaś jest ona tutaj przypadkową (niezamierzoną?) ucieczką od jednoznacznego ocenienia wyglądu książki, ciężko jest w końcu skrytykować coś, czego się prawdopodobnie nie rozumie. Przyznajcie sami, że abstrakcja zero-jedynkowa nie jest, ot co. I wszelkie dygresje prędzej czy później kończą się na tym, że CITY 2 wygląda dobrze, równie dobrze leży w dłoni i, jak już poniekąd napisałem: człowiek ma wrażenie, że to 'coś innego'. Pozostaje mieć nadzieje, że nie jest to wrażenie złudne.

Co znajdziemy w środku?

Kazimierzowi Kyrczowi przypadła rola zamkniętych i otwartych "drzwi" zbioru. Nie wiem, czy to zabieg celowy, na pewno jednak zabieg dobry. Teksty Kyrcza najbardziej wgryzają się w tematykę, która ma być nośnikiem dla tej serii: horror metropolii. Bohaterami jego dwóch tekstów "Śpij, szaleństwo" i "Witaj, skarbie" są Szkieletor i Błękitek, dwa różnorako mordercze gmachy, budynki, jak zwał, tak zwał. Rozkładanie fabuły na czynniki pierwsze nie ma sensu, bo to teksty krótkie i bardzo złożone. Pozostaje recenzentowi je polecić, przyznać, że w "Śpij,  szaleństwo" wkradła się poetyka i wirtuozeria, których zresztą Błękitkowi również nie zabrakło. Dobre otwarcie, dobre zamknięcie antologii.

Robert Cichowlas w "Specjale" wykorzystał słynną rybę fugu; otrzymujemy krótką historię z bohaterem, dla którego ciało stało się więzieniem. Jego bezradność i groteskowy wątek kulinarny w tle dały dobry efekt. Lekko napisane z niezłym zakończeniem. Tak więc: kolejny plus antologii.

Niektóre teksty zdają się w niezamierzony (a więc ten gorszy) sposób omijać temat przewodni i zahaczać o rejony inne, nieco nużące rejony horroru pop; jak Boga kocham, można zmęczyć się przewijającą się w kolejnym i kolejnym tekście postacią świra-mordercy, gościa, co dostaje wzwodu na myśl o smażeniu warg sromowych, łamaniu nóg i polerowaniu swoich ostrych (lub tępych) zabawek. Niektórzy wyszli z tej niszy z miną zwycięzcy, inni, przynajmniej po części, polegli. Do tych pierwszych na pewno należy Krzysztof Maciejewski ze swoją "Biblioteką rąk". Już sam tytuł opowiadania jest na plus, do tego całkiem pomysłowy i podszyty dawką humoru styl autora. Można również podziękować Robertowi Ziębińskiemu za "Kuchnię z gwiazdami". Akurat wspomniane, ekhm, wargi to jego "rekwizyt"; dostajemy od autora opowiadanie o facecie polującym na polskich celebrytów (jak was ciekawi, czyje wargi sromowe trafiły do jadłospisu bohatera, to po prostu przeczytajcie). Wspomniane nazwiska sławnych aktorów mnie akurat nieco odtrącały (i siały ziarno pretensjonalności), ale, tak już bez marudzenia: jest to tekst obrzydliwy (albo lepiej: obleśny) i ma świetne zakończenie, po prostu ostatni chory przebłysk geniuszu. Może was również zaskoczyć Paweł Deptuch zakończeniem opowiadania "Założę się z tobą o dychę, tylko po to, aby było większe napięcie". Aczkolwiek bez fajerwerków, jest ono po prostu fajne. Pozytywnie wypadły "Ryby" Michała Gacka, to zresztą przykład mordercy ugryzionego z zupełnie innej strony (a więc takiego, który nie męczy); do tego tekst zionie innym wymiarem Lovercrafta, metamorfozą z piekła rodem. W "Ja, bestia" Radosława Schellera znajdziecie zaklętą w historii inteligencję zła, całkiem nieźle przestawiony jego mechanizm działania, tak więc: kolejne opowiadanie na plus. 

Oryginalnie wypada również Monika Jaworowska; jej "Robota" jest spisana wyłącznie w formie dialogu. Ciekawostka wymagająca uwagi. Aczkolwiek mnie nie rzuciła na kolana, może Wam spodoba się bardziej.

Bartosza Czartoryskiego ("Połączenie") z bólem serca muszę zaliczyć do drugiej grupy; jego tekst niczym się nie wyróżnia, jest po prostu świr na końcu i tyle.  Trafił się twist, ale to trochę za mało.

Jest również w zbiorze kilka 'inności', które zresztą nieźle korespondują z abstrakcją okładki. Przykłady? Mateusz Zieliński i jego "Będzie ich więcej i więcej". Bardzo krótki tekst, nie będę wyjaśniał co i jak, ale pochwalić wykorzystanie krzyża po prostu muszę. Kto by pomyślał, żeby w opowiadaniu grozy użyć katolickiego symbolu zbawienia; kto by pomyślał, że w dwóch złączonych belkach, tej  ascetycznej konstrukcji, może kryć się możliwa do wydobycia, dziwnie matematyczna groza nieruchomych (bezlitosnych?) brył? Perełka, którą perełką nazwać można zależnie od gustu. Pewnie znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że to literacka pomyłka - dla mnie iskra oryginalności pośród wyprutych przez innych narratorów flaków. Trudniej za to pochwalić "Lwa z Nemei" (Michał Gołębiowski); zbite, długie akapity wsysają, czuć klimat, ale tu już naprawdę dużo zależy od gustu czytelnika. Kolejny jednak kojący przystanek bo zziajanych psychopatach, więc i Gołębiowskiemu biedny recenzent gotów jest ucałować rękę. Do tej drużyny 'innych' można zaliczyć jeszcze "To co rośnie za murem" Łukasza Pytlika, opowiadanie, w którym cały świat bohatera jest gettem tuż przy granicy poznania, może granicy szaleństwa.

Dwóch autorów uderzało w postapokaliptyczne klimaty: Aleksandra Zielińska ("Panny z Awinionu") i Krzysztof Wasilonek ("Zagładnicy"). Oba teksty są doprawdy dobre, to można stwierdzić na początek. Potem należy dodać, że akurat z tej dwójki lepsza (ba, bardzo dobra!) jest Zielińska. "Panny z Awinionu" mają klimat, widać przemyślany zarys świata, do tego dobry, plastyczny styl, nieźle napisane dialogi, w tle zaś pustynny krajobraz i miłe detale takie jak minięty przez bohaterów dwugłowy dingo (czyżby falloutowy smaczek, oczko do tych, którzy melancholijne wspominają niegdyś dwuwymiarowe braminy?). 

Gorzej choćby z wspomnianymi dialogami jest we "Władcy przypływów" (Mateusz Spychała), w ogóle jest to dość nierówny, moim zdaniem na siłę 'umroczniony' tekst, bardziej potok słów niż pokazówka stylu autora. Niektóre sceny się nie kleją, niektóre zachowania postaci w niezamierzony sposób śmieszą, zdają się być sztuczne.

Trochę słabo wypada Michał Stonawski z opowiadaniem "Magiczne słówka". Mimo tego, że jest krótkie, zawiera pewną treść (potworność bierze udział w ciepłej, miękkiej, pluszowej codzienności, wręcz w naturalny sposób adaptuje się do niej), problem polega na tym, że jest to historia bez żadnych wodotrysków. Ot, historyjka. O wiele bardziej zdałby się tutaj inny tekst Stonawskiego, a konkretnie zutylizowana w Internecie "Nagroda". Szukajcie jej w  33 numerze Grabarza Polskiego, szkoda, że nie poszła do druku. Tymczasem za "Magiczne słówka" autor zbiera baty, pozostaje mu to wybaczyć i cierpliwie czekać na kolejne publikacje. 

Sieje klimat i wciąga Iza Szolc swym "Szkarłatem"; bardzo sprawnie napisane, do tego egzotyczne, brudne, diabelskie klimaty, smaczki, detale, kilka niezłych zdań ("Zasnął jak zbrukane niegrzeczną zabawą dziecko przed pierwszą komunią"). Początek w ogóle nie zapowiadał tak świetnej historii z melodyjnymi dialogami. Duży plus.

Wtórnymi nie są również Piotr Roemer ("Kamienna dama") i Krzysztof Gedroyć ("Płaskie twarze"). Oba opowiadania, choć momentami nużące, można uznać za plus zbioru. Nie jest źle, Panowie, nie jest źle!

A co z Pawłem Palińskim, co tym razem nam serwuje? Kolejny intrygujący tytuł ("Żyć i umrzeć w szmaragdowym grodzie"), a wewnątrz historia o dzieciaku, który widzi przyszłość. Właściwie jest to cały pomysł autora streszczony w jednym zdaniu; "Żyć i umrzeć..." to kolejny dowód na to, że Paweł Paliński przeważnie operuje prostą, nieskomplikowaną ideą, którą zbroi, rozgałęzia, komplikuje za pomocą narracji i języka, w efekcie: wtłacza w umowną, literacką rzeczywistość. Przewidywanie przyszłości to pomysł oklepany, wyeksploatowany, można na poczekaniu wpaść na  jedną z najpopularniejszych opartych na nim linii fabularnych: "bohater próbuje zapobiec cierpieniu bliskiej osoby/własnemu cierpieniu"; krocie dostępnych opowiadań bądź powieści to zaś krocie mutacji tej konstrukcji, nieszczęście, tragedia, wymyślono już wszystko, lamentujmy!

Paliński oczywiście zupełnie się tym nie przejmuje.

Przewidywanie zdarzeń staje się w jego dłoni narzędziem to przedstawienia bezsensowności świata, ("Nie wiemy o niczym - niczemu też nie możemy zapobiec" - "4 pory mroku"), wiara rodziców bohatera to pustka ukryta, zakłamana, mająca wypełnić pustkę realną, jamę wydrążoną w egzystencji człowieka. Dzieciak znający przyszłość to dzieciak znający atomy rzeczywistości; rozmowa w areszcie to dowód na to, jak mało prawdziwie mówimy, a jak wiele słów mechanicznie pada z naszych ust, a więc i mechanicznie kreuje obraz świata pozornie realnego. Oczywiście nie ma tu happy endu, jest za to znów świetny styl ("Bose stopy kładę płasko na deskach. Uczucie, które rozlewa mi się po udach, trudno nazwać odprężeniem, to raczej kojące bzyczenie - czuję je wewnątrz siebie. Kości przewodzą ten szmer bez udziału mięśni, wyżej i wyżej, zamieniając się w grube, białe kable trakcyjne. Głowa świeci mi jak żarówka") i głuche, roznoszące się echem zakończenie. To recenzja fanowska, więc chyba nikogo nie zdziwi fakt, że po lekturze takich tekstów niżej podpisany człowiek dostaje kolejny dowód na to, że to, co robi, ma sens. Wielkie dzięki, autorze! 

Drugi tom CITY to kolejny powód do niemartwienia się o losy polskiego horroru; on pączkuje, on mutuje, on rozrasta się. Coraz rzadziej w trybikach tej wielkiej maszyny rzęzi piasek pretensjonalności, wtórności i brutalnej głupoty; groza przestaje być postrzegana jako przykład literatury niższej, literatury zaspokajającej żałosne, czytelnicze żądze, za to wkracza do świata ukrytego clue, zabawy konwencją, moralizatorstwa, krytycznego spojrzenia na kondycję nas, ludzi dzisiejszych, ludzi przemielonych przez trendy, mody i medialne kłamstwa. Seria FORMY przy okazji ukazuje ładnie ubrane, neonowe piekło, nasze naturalne środowisko: betonowy labirynt miasta, w którym nie gubimy już nawet drogi powrotnej, lecz człowieczeństwo, sumienie i wrażliwość. 

Pozostaje nam, czytelnikom, z niecierpliwością czekać na kolejny tom, który zapewne powstanie. 


Wojciech A. Rapier

DZIĘKUJEMY WYDAWNICTWU FORMA 
ZA UDOSTĘPNIENIE EGZEMPLARZA RECENZENCKIEGO 

LINK DO RECENZJI PIERWSZEGO TOMU CITY 
(aktualnie nieaktywny - recenzja już wkrótce!) 

*http://www.galeriakapitanska.pl/Artysci/JAROSLAW-EYSYMONT


niedziela, 12 lutego 2012

RECENZJA ANTOLOGII "15 BLIZN"

Kolejna antologia Repliki, kolejne zazębienie strachów swojskich i obcych (czy aby na pewno obcych? Bariera językowa może nie jest aż tak wysokim murem, jak nam się wydaje). Siedem opowiadań przetłumaczonych, osiem rodzimych, wszystkie ułożone na zmianę: polskie-niepolskie, niech się czytelnik zapętli i zapomni o podziałach. Zacznijmy od okładki: tym razem jest mniej krzykliwa (dodam, że mniej myląca), za to subtelniejsza i dość tajemnicza. Jak ktoś chce, niech doszukuje się w jej motywie powiązań z takim jednym panem obecnym w zbiorze, Jackiem Ketchumem, gwoli ścisłości. Jak dla mnie książka wygląda świetnie i przyciąga wzrok. Jest po prostu ładniejsza od "11-stu cięć".

Poza tym jest też grubsza, powinniśmy się wszyscy z tego cieszyć, no sami przyznajcie.

Tym razem, w przeciwieństwie do "11 cięć", otrzymujemy bardzo mocne otwarcie zbioru. "Pokój z widokiem na koniec" Dawida Kaina to prawdziwa perełka. W telewizji słyszymy o ludziach, którzy zamordowali dziesiątki z powodów jakichś chorych idei i pomysłów, tymczasem Kain ukazuje historię sugerującą, że w każdym człowieku drzemie szyszynka gniewu, instynkt domagający się destrukcji, która pozornie ma pełnić funkcję higieny naszych nadszarpniętych nerwów i sumień, a w rzeczywistości jest nieprzebytą pustką. Nad wszystkim tym unosi się iście lovercraftowski duch. Trzeba również pogratulować autorowi umiejętności rozsiewania klimatu i tworzenia zestawów skojarzeń bez użycia nad wyraz wyrafinowanych porównań i metafor. Kain potrafi wyczuć okazję do pociągnięcia akapitu i dorzucenia jeszcze kilku słów, które spotęgują wrażenie, że nie czytamy opowiadania grozy, lecz oglądamy jakiś z jednej strony pomylony, z drugiej: skrycie logiczny i dziwnie znajomy obraz. I nic dziwnego, bo to opowieść o życiu - kto z nas nie zna uczucia bezsensu i pragnienia zniszczenia czegoś ot tak, dla samego aktu niszczenia?

Można spotkać się z naprawdę podzielonymi opiniami na temat "Twitterowania z Cyrku Umarłych" (Joe Hill).  I tak naprawdę - przynajmniej moim zdaniem - opowiadanie nie jest kontrowersyjne ze względu na formę. Czy to aż tak bardzo COŚ NOWEGO? Były już antologie z tekstami zapisanymi jako wiadomości email itp., więc napisanie tekstu w formie wpisów na portalu społecznościowym to raczej nie pionierstwo, lecz świadome wybranie narzędzi z ogólnodostępnego zestawu. Ot, wszystko leży na stole, można brać śmiało, byleby nie myśleć, że się uczyni jakieś cuda. Właściwie to inna forma może jedynie odwracać uwagę od niedociągnięć w tekście (więc nawet zaliczcie ją do zalet, śmiało!). Dobre strony opowiadania Hilla to na pewno poczucie humoru, kilka niezłych zdań i obrzydliwych momentów. Przez chwilę można nawet uwierzyć w prawdopodobieństwo tego, co opisuje. Po prostu się wczuć. Jednakże to, jak długo bohaterka i jej rodzina UPRACIE uznają wszelkie okropności za sztuczne i niegroźne, jest już mocno naciągane i to przez wiele detali, które Hill mógł sobie podarować. Jednakże tekst bawi i, czy jest oryginalnie opakowany, czy też nie - spełnia funkcję przykuwającej uwagę, sprawnie skleconej ciekawostki. Aczkolwiek tylko ciekawostki.

"Spójrz na to z drugiej strony" Stefana Dardy sprawia wrażenie tekstu sklejonego z wykorzystanych mniej więcej w połowie trzech pomysłów. Mamy siostry bliźniaczki utrzymujące mentalną więź i potrafiące przesyłać sobie myślami informacje, mamy wariatkę (w której szaleństwo czytelnik nie jest w żaden sposób wprowadzony, lecz po prostu w pewnym momencie narrator wyciąga je z kapelusza) oraz napastowanie z zaświatów (które można postawić pod znakiem zapytania i uznać, że to zagrywka autora: dajmy na to, że to nie działanie sił paranormalnych, lecz efekt fobii głównej bohaterki - to nawet fajne niedopowiedzenie, więc końcówka jest na plus). Poza tym napisane sprawnie i płynnie, jak to u Dardy. Ale pozostaje niedosyt... A szkoda, bo z nim wiązałem największe nadzieje (po lekturze "Domu na wyrębach" ciężko nie wiązać wielkich nadziei z tym autorem).

Jack Ketchum najstraszniejszym facetem w Ameryce? Może i tak, ale po lekturze "Opowieści z Owczej Łąki" mam ochotę uznać go za najzabawniejszego faceta zza oceanu. Cięty, pełen ripost i ukrytych, głębszych przemyśleń na temat życia tekst o najwredniejszym, ale i najsympatyczniejszym (w ten nielogiczny sposób) gburze, jakiego można sobie wyobrazić. Scena z uniwersalnym pilotem wytrząsnęła mi śmiech z gardła, dosłownie. Nazbierało się tych "naj", jednakże za problematyczną można uznać kwestię tego, czy jest to tekst we właściwym miejscu. Groteska, komedia... lecz gdzie tu choćby kropla horroru? W beznadziejności życia, którą Ketchum potrafi wyśmiać i podać w przystępny sposób? Może tak. Pozostawiam to waszej ocenie i jedynie stwierdzam, że to jest po prostu świetnie napisane.

"Zasiedlenie" Roberta Cichowlasa - wciąga bez dwóch zdań. Sprawnie napisany tekst, trzeba autorowi przyznać, że język, którym się posługuje jest taki, jaki być powinien: przejrzysty. Opowiadanie posiada pewien morał, pewną krytykę (bezmyślne dążenie ludzkości do autodestrukcji i w ogóle nasza... 'kosmiczna nieekologiczność'), aczkolwiek przesłanie to nie jest tak naprawdę zazębione w fabule. Przez to chyba z lekka trąci pretensjonalnością. I jest tu trochę niekonsekwencji - skoro obcy pragną takiego ładu i składu, a nie niszczenia i degradacji, to dlaczego stawiają na edukację w postaci masowych mordów? Istota, dla której przeważająca siła argumentów (w tym przypadku: możliwości technologiczne) jest automatycznym przyzwoleniem do zadawania cierpienia niczym się nie różni od człowieka. Można więc rzec: przyganiał kocioł garnkowi.

"Tuż za tobą" - Ramsey'a Campbella... jej, wreszcie jakieś ghost story w tej serii! Szkoda tylko, że z niewykorzystanym potencjałem. Opowiadanie jest świetne i klimatyczne, dopóki śledzimy sceny rozgrywające się w szkole; powrót ojca i syna do domu robi się już naciągany i jakoś nie pasuje (zupełnie, jakby to miała być dłuższa historia, lecz jakiś narzucony limit znaków wymusił szybsze zakończenie). Należy mu się jednak plus za dobrą (w sensie technicznym) końcówkę.

Graham Masterton postarał się trochę bardziej niż ostatnio ("Sponiewierana") i napisał dłuższe i momentami klimatyczne opowiadanie. Niestety, tak czy siak jego "Korzeń wszelkiego zła" to kolejna literacka wydmuszka (znów!), na dodatek posiadająca wady, z powodu których można ustawić ją poniżej poziomu "Sponiewieranej" - jest tu kilka idiotyzmów (dlaczego taksówkarz interesuje się tak brutalną zbrodnią? Normalny człowiek chciałby mieć z tym jak najmniej wspólnego) i okropnie pretensjonalny, bardziej dopisany niż wpisany morał. Trafiło się nawet kilka głupich porównań, przykładowo: "Poczułem się tak zlodowaciały jak indyk na Święto Dziękczynienia w zamrażalce supermarketu". Jezu Chryste. I ten diabeł na samym końcu. Bum-kabum, pif-paf! To opowiadanie grozy czy scenariusz kreskówki?

Jeśli chodzi o "Czym jest jasnookie dziecko?" Pawła Palińskiego... nie, nawet nie będę się tutaj rozpisywał na temat tego opowiadania. "Pasma ulewy to długie, tłuste sznury, którymi na zawsze zszyto ze sobą niebo i ziemię. Mokra droga to odsłonięty kręgosłup widnokręgu. Odległość to umieranie" - pierwsze zdania, jakie dostajemy od autora. Ten facet potrafi opowiadać o głupich reflektorach samochodowych tak, że odstąpiłbyś mu za to swoją narzeczoną. W "11-stu cięciach" wypadł mniej krzykliwie i po prostu przebił się do "Drużyny A" zbioru. W przypadku "15-stu blizn" tajemnica jasnookiego dziecka katapultowała w kosmos pozostałych twórców. Zresztą sami sprawdźcie, a potem zweryfikujcie te słowa. 

Aleksandra Zielińska zaskoczyła mnie swoim "Ostatnim kuszeniem Ewy Betulew"; coś nowego, coś innego. Zdecydowanie pozytywne zaskoczenie, tekst napisany sprawnie, rodzi skojarzenia  z... "Mistrzem i Małgorzatą". Byłem podwójnie zaskoczony, ponieważ inne teksty tej autorski jak dotąd nie budziły we mnie gorącej sympatii (to chyba trauma po "Pokoju do wynajęcia" i zamieszczonym w nim "Uważaj! Nadchodzi burza"). Opowiadanie godne polecenia; poczułem się ciekaw, na co jeszcze stać Zielińską.

„Ménage à Trois” Wilsona to opowiadanie z jeden strony wpisujące się w kanon (stara, przerażająca posiadłość, zdziwaczała, samotna właścicielka i służba odczuwająca lęk przed domem), z drugiej: niosące powiew świeżości. Dobrze wpleciony motyw wędrówki dusz, niby historia retro, a jednak tekst dzisiejszy. Czyżby melancholijny powrót do korzeni gatunku?

Przed lekturą "Końca miasta" Rostockiego odczuwałem swoistą niechęć do tego tekstu. Dlaczego? Bo wydało mi się idiotyczne umieszczać w antologii kontynuację historii z poprzedniego zbioru; z założenia czytelnik nie ma obowiązku kupić "11-stu cięć" i "15-stu blizn" i czytać je według kolejności publikacji. Równie dobrze może kupić tylko drugą z tych książek i (powinien) otrzymać teksty, które będą go w pełni bawić bez żadnych zewnętrznych samouczków i preludiów. Lektura "Końca miasta" uciszyła jednak moją wewnętrzną mendę - znów jest ciekawie, znów trafiają się dobre zdania ("Kościół opuszczony przez ludzi jest niczym w porównaniu z kościołem opuszczonym przez Boga"), Jacek M. Rostocki tym razem podkręcił (i skrócił) akcję, znów uprawia filozoficzne szachy pomiędzy dobrem, a złem, a obserwacja tej gry nie nudzi. Jedynie zło Lucy troszkę trąci myszką; jest zbyt czyste, zbyt jednoznaczne, krzykliwe i impulsywne, co nie pozwala na wykreowanie jego inteligentnej, właśnie nieludzko złożonej i nieludzko uzasadnionej formy, to jest: przerażającej formy. Bez względu jednak na takie czy inne moje marudzenie - polecam lekturę tego, jak i poprzedniego tekstu.

Zbiór zamyka Łukasz Śmigiel swoim "Mścicielem krwi" i robi to w naprawdę dobrym stylu. Otrzymujemy ciekawą historię z jego autorskiego uniwersum (świetna zachęta do przeczytania "Decathexis"), opowieść pełną obrzydliwości, poczucia humoru oraz masy opisów i smaczków z wykreowanego świata (Śmiglowi trzeba również przyznać umiejętność nawiązywania do innych jego tekstów, choćby do "Kozła ofiarnego" łączącego się z uniwersum chyba tylko ideologicznie). "Mściciel krwi" to kolejny "duży kaliber" tego zbioru, miks groteskowej, burtonowskiej śmierci, Indiany Jonesa, Sherlocka Holmesa i Frankensteina. Z pomocą lektury wkraczamy do świata, w którym religijny fetysz na punkcie umierania i atmosfera 'chorości' wszystkiego wokół to codzienność bohaterów; i to właśnie ten przebłysk oryginalności, który można uznać za sukces Łukasza Śmigla. Człowiek ma wręcz ochotę wziąć zimny prysznic po lekturze tekstów takich jak ten... To jest tak brudne, chore i dziwne, że aż fajne.

Tym razem przewaga polskich autorów jest mniej widoczna, aczkolwiek wciąż odczuwalna. Otrzymaliśmy jeszcze obszerniejszy (i ładniej opakowany) zbiór, wprawdzie i tym razem trafiło się kilka średniaków i kolejna pomyłka znanego nazwiska, aczkolwiek można doliczyć się czterech, nawet pięciu perełek, poza tym zbiór jest bardzo różnorodny, głównie dzięki Kainowi, Palińskiemu, Śmiglowi, Ketchumowi, Zielińskiej i Wilsonowi. Można dodać, że wszyscy autorzy utrzymali przyzwoity poziom. Czy mamy powody do martwienia się o kondycję polskiej grozy? Niektórzy twierdzą, że tak, ja jednak nie zgadzam się z tym; za źródło odpowiedzi na pytania takie jak to nie można przyjmować jednego zbioru opowiadań (gdzie mamy małą szansę na pełne poznanie przedstawionych autorów), źródłem jest dorobek wszystkich pisarzy z osobna.

Z polskim horrorem jest naprawdę dobrze, przykłady tak dla przypomnienia: wspomniane już uniwersum Śmigla (oryginalne dzięki jego zainteresowaniom tanatologią), "Efemeryda" Cichowlasa i Kyrcza (horror metafizyczny, odważna próba napisania czegoś innego), wariacje Dawida Kaina, "Dom na wyrębach" Dardy (korzenie naszego rodzimego folkloru i do tego brak idiotycznej przemocy i usilnego naturalizmu, fascynacja przyrodą), Paliński i jego żonglerka metaforami i porównaniami, jego horror wręcz szlachetny w płaszczyźnie kultury języka i można by wymieniać kolejne, i kolejne osoby...

Czasem zatrzęsienie grzecznych i chwalących wszystko recenzji (Internet i prasa uginają się od nich) tworzy publicystyczne napięcie, przez które pojawiają się ludzie próbujący doprowadzić do złudnej równowagi poprzez odpowiedzenie takim samym ładunkiem, tyle że o przeciwnym znaku. Tak powstają wodospady goryczy, jak to źle jest z tym i tym gatunkiem, jak to beznadziejnie wygląda w naszym kraju. Proponuję złoty środek; proponuję po prostu bez teatralnego żalu (bądź zachwytu) w iście chirurgiczny sposób nazywać rzeczy po imieniu, a pisarze dadzą sobie radę i zrobią to, co do nich należy. To chyba nie jest aż tak trudne, prawda? Prawda. 

Nie jest, pod warunkiem, że dany wydawca nie obrazi się na recenzenta.

Wojciech A. Rapier


DZIĘKUJEMY WYDAWNICTWU REPLIKA ZA UDOSTĘPNIENIE 
EGZEMPLARZA RECENZENCKIEGO

niedziela, 5 lutego 2012

RECENZJA ANTOLOGII "11 CIĘĆ"

Już nawet przed przeczytaniem, bez względu na zawartość, "11 cięć" zasługuje na ogromny plus za zestawienie polskich nazwisk z zagranicznymi (i to tymi, jakby nie patrzeć, z wyższej półki). To po prostu zagranie prorynkowe, proczytelnicze... i tym podobne pro, dodajcie do listy, co dusza zapragnie. Kolejny plus należy się za wygląd książki - szczegółowa, umazana krwią okładka ze skrzydełkami. Bierzesz do ręki i myślisz sobie, że tak wygląda klawy, 'straszydłowy' paperback; no wiecie, te książki, które budzą w człowieku dziecko tak, jak  robią to komiksy. Do tego należy dorzucić nieco pretensjonalny, nieco krzykliwy wstęp, dla paperbacka wstęp wręcz wymarzony, bo brzmiący jak intro do jakiegoś programu o zmorach, rozkopanych grobach i czerwonych oczach spoglądających z wnętrza szafy. Dzieciaki, myć zęby i won z salonu, to nie dla was! "STRZEŻCIE SIĘ! 11 CIĘĆ POSZATKUJE WASZĄ WYOBRAŹNIĘ!". O tak, sama otoczka tej antologii jest już miła dla serca fana grozy, zwłaszcza grozy popularnej, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Nie otrzymałem jednak jedenastu cięć.

Z moich obliczeń wynika, że tych głębokich, tych trudniejszych do zapomnienia otrzymałem jakieś pięć. Reszta to tylko zadrapania, a nawet niezamierzone smyranie. Może jednak najpierw porozmawiajmy ogólnie o zbiorze i jego wyważeniu.

Okładka jest świetna, ale obiecuje zupełnie inny zestaw historii niż ten, który otrzymuje czytelnik. I powiem Wam, że, wbrew pozorom, odetchnąłem z ulgą. Patrząc na leżącą obok kolumny nazwisk odciętą/odrąbaną rękę, można pomyśleć, że wydawca oddaje w nasze ręce kolekcję różnych wariacji na temat slasherów; o czymkolwiek to jest, będą krzyki i posoka. Lektura jednak rozwiewa bezlitośnie tę wizję i przynosi pierwsze wnioski: mamy przed oczyma zbiór opowiadań, które, w większości, starają się raczej odstawać od stereotypów tego gatunku (że niby tylko w kółko te głupie potwory, walenie siekierą i żadnej pointy). Ba, nawet w wypadku tych najlepszych można zapytać się: gdzie tu groza?

Możliwe, że w zupełnie przypadkowy sposób zbiór stwarza warunki do zastanowienia się nad tym, czy aby na pewno sprawnie działają nasze aparaty poznawcze, właśnie te pobudzane przez lekturę horrorów. Gadanie o przyzwyczajeniu do przemocy i obrzydliwości to robótka banalna, pusta, wydrążona ballada ludzi, którzy na siłę wszędzie szukają wyjątkowej aktywności swojego sumienia, aczkolwiek znam te melodie i aż proszą się o zanucenie przy tej okazji. Czytelnicy, ci bardziej "na serio", doskonale zdają sobie sprawę, jak subtelnymi metodami można wprawić w prawdziwy strach (patrzcie: zbiór "Ptaki" Daphne du Maurier"), ten ciężki do przełknięcia kęs lęku, a nie umowny strach zapowiadany w reklamach książek i zwiastunach filmów, w praktyce okazujący się jedynie gwałtownymi wzdrygnięciami ciała, bardziej reakcjami biologicznymi niż emocjonalnymi (film) lub chwilowym wczuciem się w realia, krótkim dreszczem, szokiem bądź obrzydzeniem (książka). Dziś idzie się na filmy grozy dla zabawy ("stary, widziałeś? Przebił sobie kciukami oczy!"), a może groza to coś więcej, może powinna wywoływać zbawienne (oczyszczające) przygnębienie lub zastanowienie nad, dajmy na to, naszą ciemną stroną. Rozbijamy się teraz o rzeczy takie jak poetyka i artyzm. Że już nawet o katharsis nie wspomnę. Dumnie, a nawet wręcz idiotycznie to brzmi, prawda?

Niekoniecznie, zwłaszcza po lekturze "Marzenia" (Paweł Paliński), "Doktora, dziecka i duchów z jeziora" (Mort Castle), "Powiedz im, że kochasz" (Scott Nicholson) oraz "Amerykańskiego horroru" (Łukasz Orbitowski). To najmocniejsze teksty zbioru i to zarówno pod względem fabuły jak i warsztatu autorów. Paliński zaserwował nam nieco przydługą (chyba przez ten rozwlekły początek), lecz jak zawsze poetycką historię z drugim dnem o więzi między dzieckiem, a rodzicami. Horrorem można tutaj nazwać lęk przed rozpadem rodziny - niekrwiste, brakuje jakiejś poczwary? Tak i właśnie dlatego w przypadku "Marzenia" obcujemy z grozą emocjonalną, grozą sięgającą poza terytorium horroru pop. Castle tymczasem cieszy bardziej narracją niż fabułą w swojej hemingway'owskiej opowieści o duchach, wciąga jednak, daje rozrywkę i w jakimś stopniu angażuje emocjonalnie. Plus dla niego za dialogi. W wypadku "Powiedz im, że kochasz" Nicholson pociąga prawie za te same struny, co Paliński. Nakreśla obraz dziecka w świecie bez prawdziwej miłości, chłopaka, w którym jej brak generuje ogromne ilości gniewu i nienawiści. Horror tkwi w tym, jak bardzo te uczucia domagają się eksploatowania ich, aż wreszcie egzystencja i eksploatacja zdają się znaczyć dla bohatera to samo. Sporo dobrych zdań ("Myśli dusiły go w trumnie łóżka", "Jej oczy jak dwa żebrzące bliźnięta, jeziora krzyku, mokrej grozy"), choć niektórzy mogą stwierdzić zbyt duże nagromadzenie 'cmentarnych' porównań. "Amerykański horror" to, zdaje się, najdłuższe opowiadanie w zbiorze, aczkolwiek zupełnie nie traci przy tym na tempie akcji. Narrator nie pozwala się nudzić, o byle upodleniu przy pracy opowiada w sposób, przez który ma się wrażenie obcowania z magią; do tego niebanalne drugie dno, ot, ballada o tułaczce przez piekło jawiące się rajem i trzeba przyznać: ballada jakich mało.

Największym zawodem zbioru jest chyba opowiadanie Mastertona. Doprawdy, brzmi, jakby było poganiane wiadomościami email do autora Graham, skończyłeś je już? Chcemy wypuścić tę książkę w czerwcu, pamiętasz? Jego "Sponiewierana" to krótka forma krótkiej formy. Taki podręcznikowy short na kilku dawkach sterydów. Nie stwierdziłem ani grozy, ani poetyki, ani mocnego zakończenia. Literacka dętka; mam ochotę stwierdzić, że większym udziałem autora w zbiorze jest same jego nazwisko na okładce. Ale dobre i to, w końcu to Graham Masterton wśród Polaków, alleluja, chłopaki!

Za największy wybryk zbioru można uznać "Dyniogłowego". Nie spodziewałem się czegoś takiego i to chyba dobrze, prawda? Wywołane lekturą połączenie obrzydzenia i rozbawienia, zwłaszcza tuż po poznaniu ostatniego zdania "Amerykańskiego horroru" (jeśli czytacie opowiadania jedno po drugim) zakreśla sinusoidę wrażeń. Tu Orbitowski wprowadził nas w zamyślenie, zupełna powaga, jakoś tak ryjowato człowiekowi się zrobiło i  nagle zza krzaka wyskakuje Everson z ponętną, pociągającą dynią. Moim zdaniem miły akcent na koniec antologii i jest to opowiadanie we właściwym miejscu. 

Jeśli chodzi o tekst Jakuba Małeckiego ("Radość hetmana") nie dorzuciłem go do drużyny siłaczy "11 cięć" dlatego, że opowiadanie, które popełnił, jest średnie bądź słabe. Stało się tak, ponieważ jest to tekst świetnie obrazujący zasadę "gusta i guściki". Oniryczno-bajkowa historia, literackie oczko do Alicji w krainie czarów, estetyka zaś zdecydowanie niszowa. Ci, którzy pamiętają choćby "Błędy" tego samego autora, na pewno wiedzą, co mam na myśli.

Obietnicę złożoną przez okładkę ksiązki na pewno spełnili: Robert Cichowlas i F. Paul Wilson. Z tych dwóch panów krwawszy (i w ogóle lepszy) jest tym razem Polak. "Głód" jest sprawnie napisany, obrzydliwy i ma żwawy rytm narracji, gdy tymczasem futra-mordercy Wilsona jednak trochę śmieszą. Do tego zawarty w "Futerkach" morał podano właściwie na tacy; moim zdaniem morał, który nie jest odkryty PRZEZ czytelnika, tylko PRZED nim, to słaba karta. No i te futerka...

Dość oryginalnie wypada Jacek M. Rozstocki ze swoim "Wyborem Lucy". Sama postać bohatera (parkourowiec, skejter) i jego ukryta osobowość tworzą całkiem świeży i ciekawy zestaw. Tekst napisany sprawnie, już pierwsze zdanie jest po prostu dobre (Miasto jest ścierwojadem). Aczkolwiek bliżej tej opowieści do urban fantasy niż grozy...

Za to "Diabeł z mrocznego lasu" Smitha (swoją drogą u Wilsona też jest gadka o leśnym diable) ma klimat, całkiem plastycznie brzmi, ale... setki podobnych historyjek można przeczytać na forach literackich, serio. Ale to i tak więcej niż "Sponiewierana", której powinienem dać już spokój, ale o tym za chwilę.

Zdaje się, że podsumowanie powinno być mniej więcej takie: pięć świetnych tekstów na jedenaście, a więc, drodzy bracia i siostry: słabo! To nie tak, kochani. Po pierwsze: pojęcie "świetny" jest bardzo płynne. Jeśli lektura ma po prostu sprawić frajdę, "11 cięć" nie powinno Was zawieść. Zresztą takie jest założenie horrorów klasy B, w których konwencję "11 cięć" jest już jakoś odgórnie wepchane; a że te kilka tekstów sięga zdecydowanie dalej (a nawet stara się łamać schematy)? To tylko powód do szczęścia. Kolejnym powodem do szczęścia jest to, że Polacy wypadają w tej antologii zdecydowanie lepiej, po prostu bardziej się przyłożyli. Bardzo fajnie,  Panom naprawdę należą się brawa.

Z drugiej jednak strony: nie warto na siłę szukać różnic, dzielić historie na "nasze" i "obce" oraz starać się utożsamić ze sobą słowa "lepsze" i "polskie". Dlaczego? Wystarczy spojrzeć znów na okładkę; wyraźnie widać, że ideą osób, które doprowadziły do powstania zbioru, było pokazanie, że Polacy mają prawo wychodzić na scenę światowego horroru i wcale nie ośmieszają się na niej. W Internecie można przeczytać komentarze typu "nie lubię polskich autorów, wolę zagranicznych". Jest to tym bardziej przykre z tego powodu, że często geneza zjawiska nie leży w takim, a nie innym guście, lecz w przekonaniu o zaściankowości naszej rodzimej literatury i jej chałupniczym charakterze. W "11 cięciach" świat owej pozornej zaściankowości napotyka na ten od anglojęzycznych cudów i nagle okazuje się, że oba tworzą tę samą rzeczywistość, której jedynymi granicami w przypadku nas, Polaków, są warunki ekonomiczne, a więc coś, co czytelnicy mogą bez problemu obejść.

Wystarczy po prostu kupić polską książkę, a nie odłożyć ją z powrotem na półkę z jakichś irracjonalnych, wręcz idiotycznych powodów.  

Wojciech A. Rapier

wtorek, 31 stycznia 2012

KOLEJNY TRIKKETTOWY BANNER

Uff, z lekkim poślizgiem oddajemy w Wasze ręce kolejny banner służący do promocji Trikketów, tym razem związany z opowiadaniem "Krawaty Koltaya" ze zbioru "Pokój do wynajęcia". Wszystko, co jest potrzebne do jego użycia, znajdziecie, rzecz jasna, w dziale PROMOCJA ;) 

Przez najbliższy tydzień będziemy Wam oczywiście przypominać powyższy tekst. Ktoś czytał, ktoś dobrze wspomina? Piszcie, recenzujcie, napastujcie fejsbuka i naszą skrzynkę email oraz róbcie inne, iście fanowskie rzeczy...

Byle pod krawatem ;)

Zostańcie z nami!

niedziela, 29 stycznia 2012

RECENZJE WYŁOWIONE Z SIECI

W ostatnim, trzynastym numerze dwumiesięcznika QFant znajdziecie recenzję "Głosu Lema" napisaną przez Jacka Orlicza. Poniżej mały cytat, my zaś zachęcamy was do lektury całości jak i całego numeru, którzy możecie pobrać TUTAJ. 
Warto zauważyć, że „Głos Lema” to pewnego rodzaju ewenement w kwestii antologii: zamieszczone tutaj teksty, mimo że zebrane pod wspólnym mianownikiem, są niezwykle różnorodne (pod względem stylu, treści i realiów – tak jak na Lema przystało!). Wszystkie stoją na wysokim poziomie i w każdym z nich czuć duch wielkiego pisarza.
Oprócz tego na pewnym portalu, który ostatnio nas polecał, możecie wyrwać z macek Cthulhu recenzję "11 cięć" popełnioną przez Maynarda.  No cóż, takie jest życie, że nie zawsze musi być miło; tym razem Palińskiemu nieco oberwało się od recenzenta. Zresztą sami zobaczcie, CAŁOŚĆ tekstu dla Was. Zaś w nadchodzącym tygodniu możecie wypatrywać na Trikketach naszej recenzji "11 cięć", zbiór właśnie jest "w czytaniu". Zresztą wypatrujcie nie tylko tego...

Stay tuned!

sobota, 28 stycznia 2012

ZAPOWIEDZI, ZAPOWIEDZI...

Na razie nie możemy zdradzić Wam zbyt wielu szczegółów, lecz pragniemy wstępnie poinformować, że Paweł Paliński i Wojciech A. Rapier wespół z e-zinem QFant zaproszą Was w niedalekiej przyszłości do udziału w konkursie na opowiadanie grozy. Musicie jednak uzbroić się w cierpliwość - regulamin, szczegóły, lista nagród i to, co najważniejsze, czyli temat przewodni konkursu zostaną ujawnione już wkrótce! Be patient! ;)

Teraz zaś zachęcamy Was do lektury e-zinu i zajrzenia na jego forum, gdzie możecie wypowiedzieć się na temat tego, co było dobre, a co złe w numerach opublikowanych w zeszłym roku. Cel szczytny, bo Wasze komentarze pomogą redakcji w nadaniu jak najlepszego kształtu magazynowi przed jego pierwszym papierowym wydaniem. Przy okazji możecie wygrać książki ;) (LINK).

Trikkety, rzecz jasna, życzą szczęścia QFantowi i osiągnięcia sukcesu w kioskach i na półkach księgarń. 

Stay tuned!

środa, 25 stycznia 2012

"4 PORY MROKU" W MACKACH CTHULHU!

W sieci pojawiła się nowa recenzja zbioru "4 pory mroku". Miło, że ciągle ktoś do niego wraca ;) Napisał ją na portalu jacthulhu.pl niejaki Maynard. Recenzja pozytywna i ciekawa. Cytat na zachętę?
„Cztery pory mroku”, z wydawnictwa Fabryka Słów, to zestaw dziesięciu opowiadań z kręgu ogólnie przyjętej grozy. Akcja każdego z nich ma miejsce w kraju Wujka Sama za Wielką Wodą a klimat od razu kojarzy się z twórczością Stephena Kinga. Jednakże, dzięki Bogu, Paliński NIE kopiuje mistrza, NIE produkuje zamulającej sztampy, NIE sili się na amerykański tani blichtr. Od zbioru wieje pomysłowością, wspaniałym pisarskim stylem, krwistym językiem i wieloma jeszcze, całkowicie pozytywnymi aspektami wśród których NIE znajdziecie nudy i wtórności.

Ostatnio na fanpage'u przypominaliśmy Wam inną recenzję prowadzącą do dość podobnych wniosków odnośnie czegoś, co można nazwać "syndromem polskiego Kinga", zerknijcie:
(...)wykracza daleko przed twórczość Kinga i tworzy nowy rozdział w literaturze horroru, powieści poruszającej problemy filozoficzno-egzystencjalne, a przy tym prostej i diablo wciągającej.
Tak pisał Łukasz Cygan (Wiadomości24). A co Wy o tym sądzicie? Może ktoś z Was zechciałby napisać recenzję-analizę i ocenić, czy w końcu Paliński to bardziej-King czy mniej-King i podyskutować na ten temat? 

Stay tuned!

wtorek, 24 stycznia 2012

NIE DLA ACTA!

Już w tej chwili półświatek czytelniczy przysypia i niechętnie stymuluje twórców i wydawców kampaniami non-profit i reklamami na zasadzie "chcę to jakoś pokazać, bo szczerze polecam". Jakby problemów było mało, mamy bać się używania ogólnodostępnych i darmowych zasobów Internetu do tworzenia niekomercyjnych stron i reklam?

I co jeszcze?



niedziela, 22 stycznia 2012

PIERWSZY BANNER DO WASZEJ DYSPOZYCJI

No i wystartowaliśmy! Powyżej widzicie pierwszy banner służący do promocji strony fanów Pawła Palińskiego. Gorąco zachęcamy Was do umieszczania go w najprzeróżniejszych miejscach takich jak Wasze strony internetowe, podpisy na forach dyskusyjnych itp. Jak to zrobić? Krótki (bo to nic trudnego) turtorial znajdziecie w zakładce PROMOCJA. Tych, którzy jeszcze nie czytali "Gniazda os", zachęcamy zaś - i będziemy zachęcać - do lektury. Obserwujcie nasz profil na Facebooku. Od dzisiaj do przyszłej niedzieli będą się tam pojawiać najprzeróżniejsze drobne materiały mające na celu przypomnieć Wam to opowiadanie, zaś jeśli go nie znacie... No cóż, macie zaległość do nadrobienia ;) Przy okazji przypominamy Wam nasz NIEUSTAJĄCY APEL: masz na półce "4 pory mroku" lub inne książki, których okładki "wiszą" w prawej kolumnie tej strony? Napisz recenzję i prześlij ją na nasz adres kontaktowy (trikkety@gmail.com) lub poleć tekst Pawła na facebookowym fanpage'u! Nie trzeba od razu pisać prac naukowych na ten temat. Wystukanie na naszej tablicy, przykładowo "Gniazdo os, świetny tekst, polecam!", to już kolejna dołożona cegiełka. Liczą się nawet te najdrobniejsze gesty ;)

Kolejne bannery, a wraz z nimi opowiadania warte przypomnienia - już wkrótce!

Stay tuned!